Zanim jeszcze ostatnia dynia po Halloween zdąży się rozłożyć na kompoście, z głośników już płynie „All I Want for Christmas Is You”. Nie minął nawet Dzień Zaduszny, a w sklepach pojawiają się czekoladowe Mikołaje, bombki i renifery w wersji XXL. Po Halloween nie zostało już nic — może trochę brokatu, pająków z waty i jedna zapomniana dynia, która próbuje udawać dekorację jesienną. A tu proszę – Christmas idzie, i to z pełnym impetem, jak sanie po świeżym śniegu.
Polsko-brytyjski dom przed świętami
W polsko-brytyjskich domach zaczyna się wtedy mały kulturowy taniec. Dzieci pytają, kiedy właściwie przychodzi Mikołaj: 6 grudnia, w Wigilię, czy 25 grudnia rano? I w sumie najlepiej, żeby trzy razy, bo tradycja tradycją, ale prezenty to rzecz ważna. W szkołach brytyjskich rusza produkcja kartek świątecznych i listów do Santa, a w domach pachnie pierniczkami, które – w teorii – mają być prezentem dla nauczycieli, a w praktyce znikają po godzinie, bo ktoś „tylko spróbował jednego”.
Pierniczki to zresztą pole do narodowej współpracy. Brytyjskie dzieci z entuzjazmem lukrują polskie serduszka, a polskie dzieci dopytują, czemu Gingerbread Man wygląda, jakby uciekł z bajki. W tle słychać mieszankę kolęd i „Last Christmas”, a na stole spotykają się pierogi, mince pies i pudding, którego skład nadal pozostaje tajemnicą.
Kto co udaje?
Wieczorami rodzice udają, że nie widzą, jak dzieci śledzą „Elf on the Shelf”, a dzieci udają, że wierzą, iż elf naprawdę się rusza. W tym całym zamieszaniu jedno jest pewne – niezależnie od tego, czy śpiewamy „Cichą noc” czy „Jingle Bells”, święta w wersji polsko-brytyjskiej to cudowny chaos pełen śmiechu, lukru i magii. Bo nic tak nie łączy kultur, jak wspólne oczekiwanie na Mikołaja — nawet jeśli każdy czeka na swojego.
Agnieszka